Sto lat

wiek z każdym dniem weselszy, od wczoraj jeszcze bardziej. co będziemy robić? a co chcesz? i tak zawędrowaliśmy oglądać słonia. prawdziwego. tłumy ludzi w zoo, kolejki wszędzie, więc ani piwa, Misiak wymiękł, ani lodów, bo ja padłam przed kilometrowym tabunem ludków.
za to małpiatki były w porządku, przyszły się przywitać, prawie reagowały na własne odgłosy z telefonu, nagrane rok wcześniej. ludki też reagowały, zachowując się gorzej, niż małpy.
ale słoń fajowy.
przejazd do zoo kolejką całkiem romantyczny, jedna ręka pod dachem, noga pod ławeczką, a druga pod jakimś babskiem. tłok. powrót jeszcze fajniejszy, rozpętała się burza. nie wiem jak słonie i żyrafy, ale my zmykaliśmy. tabun zwierząt kopytnych minął nas w drodze do kolejki, ale ta się przestraszyła i przez pół godziny nie chciała przyjechać. potem się zepsuła, co już właściwie nie zmieniło sytuacji, i tak zdążyliśmy zmoknąć. na szczęście podstawiono autobus, w trakcie zgłodniałam.
pierogi były pyszne, jak zawsze Misiak zjadł część mojej porcji, bo nawet jedna to dla mnie czasem za dużo. potem telefony, więc spacerowaliśmy nieco bardzo dziwnie, ale człowiek potrafi!
trzymając się za ręce jednocześnie każde trzymało telefon, do którego każde z osobna gadało. czasami nawet razem. – tak, proszę zadzwonić. – nie jeszcze nie ma nas w domu, za godzinę będziemy? – chyba będziemy, jeszcze sklep, nie, to nie do pana, zapraszam jutro. – tak, dobrze, załatwię. – ile płacimy za gaz? – a skąd ja mam pamiętać? nie, to nie do ciebie, będziemy już. – będziemy. – no to pa. – do widzenia.
urodziny są fajne, przychodzą goście z toastami (sto lat odśpiewane chóralnie), siadają, by po 5. minutach się zorientować, że nie wszyscy się znają. więc znowu wstają, przemieszczają się, – chyba kiedyś się widzieliśmy na przejściu dla pieszych? dziecko śpi pod kołdrą, więc nie ma obawy, że zostanie rozdeptane.
i tort był! moja sis wspięła się na wyżyny i przyniosła tradycyjnego torta z truskawkami!!
oczywiście sesja zdjęciowa, a krojąc go jak zawsze przy ostrym nożu się zacięłam. obyło się bez mojego DNA na kremie.
goście są fajni, opróżniają kolejne butelki, aż trzeba iść do sklepu, zjadają ze słowami – nas możecie zapraszać zawsze jak będzie jedzenie. wyczyścimy wszystko!
goście zjeżdżają z kanapy, rozrzucają czipsy, a dzieciak niepilnowany w tym czasie zżera kawałek kaktusa. potem wszyscy usiłują go złapać, trzeba dołożyć papieru w toalecie, kostki lodu jeszcze się nie zmroziły, jest pięknie!
najważniejsze, że goście się spóźnili i nic wcześniej nie wiedziałam o ich przyjściu – świetna niespodzianka i na dodatek nie stresowałam się sprzątaniem domu! a koreczki zrobił Misiak!
Sto lat!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s