Honorowo

krew na ścianach, wrzaski rannych, upokorzenie samców samczych, smuga pąsowa na podłodze! strach w oczach każdego, kto przekroczy próg! trzaski, krzyki, jęk – próba wyobraźni. stacja krwiodawstwa. poszłyśmy z kumpelą, która zaś przyjechała do miasta z odległego miasta kopalni, by honorowo spuścić…upuścić… noo, oddać.
nie tak źle, tylko straszna strata czasu, znaczy miło się siedzi, nikogo w rzeczywistości a gabinetu nie wynieśli, kawa bez mleka, bo się skończyło, ale za to z cukrem. krzesełka wygodne.
czekamy

dostajemy ankietę do wypełnienia, sto tysięcy pytań, większość odkrywczych i nie mam nic przeciwko, ponoć szczerość popłaca. oddajemy ankiety i tu nokaut dla specjalnie-dojechanej – ma przewlekły problem z jelitami i dostała czerwoną kartkę na oddawanie krwi do końca życia. desperatka stwierdziła, że następnym razem nie powie o chorobie. ale znam ją, powie, powie.
czekamy dalej

mogę oddać krew, którą w ogóle pobierają mi z palca, bo stara wyga jestem. z palca w ogóle nie czuć, papierek się fajnie barwi, jest gites.
czekamy

„pani a.! do gabinetu” wchodzę, lekarz pyta, czy to ja. mówię, że chyba tak. pyta o datę urodzenia, na szczęście pamiętam. mierzy ciśnienie, 138/78, rewelacja, dawno takiego nie było. patrzy na wyniki morfologii, „oj kiepsko” mówi. pytam czy będę żyła? ” no to zależy, jak pani pisane…” na wszelki wpadek mam więcej tu nie przychodzić, zalecenie ustne lekarza. hemoglobina czy coś… „ale dzisiaj jeszcze tak! ja te czekolady!”, „pani kochana, kiedyś to butelkę wina dawali…a teraz nic z tego”

mogę oddać naprawdę! woła mnie pielęgniarka zabiegowa, kumpela siedzi cierpliwie na krzesełku i rozpacza z powodu jelita. dziwne, do tej pory jej nie przeszkadzało.

„proszę umyć rękę, którą nakłujemy” słyszę. „no to którą?” się pytam. „a niech pani pokaże, ooo” chwila ciszy, jestem opukiwana na obie strony, „no, chyba z prawej, spróbujemy…” myję prawą, na wszelki wypadek lewą też, chciałam sobie od razu twarz umyć, ale nie zdążyłam. z pełną radością wchodzę na salę, każą mi usiąść na krzesełko-leżance.

podłączanie nie trwa długo, jakieś próbki, sto pytań o samopoczucie, uśmiechnięta piguła. obok na fotelu dwóch chłopaczków mężnieje, nic im nie jest, twardo zgniatają piłeczki.

ja też dostaję piłeczkę i się zaczyna. no, nie trwało to długo, kilka minut, oddane, zlane, jest mi ok, wzrok się nie rozmywa, super, pielęgniarka jednak nie daje wiary, siedzę kolejne cztery minuty, oddycham,

przeżyłam. kumpela poczekała. dostałam zwolnienie z pracy na ten dzień, ale dziwne, u mnie go nie respektują i zasuwam do wieczora. jest fajnie, a najlepsze z tego, to uzupełniony zapasik:
dostałam 10 czekolad!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s