Wyczyn roku. Zaliczyłam go.

Ustanowiłam rekord, którego nie pobije nikt mi znany. Nieznany również. Wyczyn, kwalifikowany do gatunku odpałowych, perwersyjnie nie dających się wymarzyć w żadnej grze, choćby najbardziej szalonej.

Ale zrobiłam to i mój własny przyszły-niedoszły stwierdził, że jednak się tym nie będzie chwalić wśród znajomych.

W związku z tym, że remontowe wyprawki trwają, a niemal na finiszu bałaganu przypomnieliśmy sobie, że wejście do łazienki wcale otworu drzwiowego nie przypomina – wzięliśmy się do roboty.

A po skończonej szpachlowej robocie zrobiłam to. Umyłam z kurzu i pyłu, po raz pierwszy w życiu, nasze aktualne, łazienkowe drzwi. Przesuwane. Kartonowe.

Reklamy

Tego co może dać ci sąsiadka…

Zimowy klimat nastał nam. Wszędzie śnieg.

Co prawda nie za oknem, bo tam był przez jeden wieczór, ale w domu. Podłoga biała, kwiaty białe, wszędzie kurz, pył, niemal smród i ubóstwo…, a nie, to tylko szlifowanie ścian i sufitów.  Czyli rzecz, której nie-na-wi-dzę najbardziej na świecie.

Ale można się ratować herbatką z sąsiadką. Która zapaliła się do pomysłu świąt. Świąt w pokojowym remoncie, dla jasności.

– Ale przecież u mnie możecie nocować, jakby goście byli! I mam stół, bo wy chyba jeszcze nie?

– Będzie. W przyszłym roku.

– To ja mam lepszy pomysł. Po prostu zróbcie święta rodzinne po sąsiedzku. U mnie!

Czy już mówiłam, że ją uwielbiam?

Miejsce to połowa sukcesu

Podchodzę do sytuacji domowej [remont] niewiarygodnie spokojnie. Wręcz flegmatycznie [remont]. Zaiste mało co mnie już może zdziwić. 

Poniosła nas ostatnio wena twórcza. Remontowa.

– Wiesz, jakbyśmy się sprężyli, to możemy zrobić pierwsze święta u siebie. 

– Mówisz? I zaprosimy wszystkich rodziców do nas?

– No, miejsce jest przecież. Tylko nie ma na czym siedzieć.

– No, miejsce jest. Super! Cooo??? Święta u nas?? Musiałabym zacząć pić trzy dni wcześniej!

– Ale dlaczego?

– Żeby to przeżyć!

Wiekowo mi

Powróciłam po latach do pewnego forum, gdzie dziewczyny wymieniają się uwagami, produktami, cenami. Ot, zobaczę, czy pamiętam hasło.

Hasła oczywiście nie pamiętałam, ale szybki reset i gotowe. Popatrzyłam, zwiedziłam stronę i zobaczyłam, że kiedyś, wieki temu, wpisałam tam pewne informacje o sobie. Czas się zmierzyć z przeszłością, więc sprawdzam.

Główne dane się zgadzają, ale co to za rubryka? Wiek? O, ciekawe kiedy tu byłam. Przedział 31-35. Eee, nie zgadza się. Poprawię na aktualne. Kolejny przedział: 36-40. No, to by się zgadzało! Zaraz!!! 40??? Nigdy w życiu? Jeszcze nie teraz! Niech ta liczba nie zbliża się do mojego profilu! Nie wcisnę tego!

I w ramach buntu zostawiłam granice wiekowe takie, jak były. Nie będzie mi 40-stka pluła w twarz!

Mus to mus, więc ja go nie chcę

Uwiedziona zdjęciami w sieci miałam i ja. Jako nadzwyczaj aktywna blogerka, której życie składa się z idealnie wystylizowanych fotek i która zarabia na blogu tyle, że wszystko to pikuś – postanowiłam zmarnować awokado.

awokado mus
awokado mus

No i zmarnowałam. Awokado, banan, kakao, syrop klonowy, ale to dziwne w smaku. No to trochę cukru. Jest lepiej. Blender i gotowe. Jeszcze orzechy, rozłupane tłuczkiem do mięsa i listek mięty z parapetu. Fota cudna, ale smak…

No doprawdy nie wiem, jak te blogery mogą się zachwycać, że dobre, że pyszne. Kicha w smaku, i w tej bajce już się z awokado nie spotkamy. Za to jest kolejna pestka do wyhodowania.

Ale, ale… Zdjęcie oczywiście wysłałam do koleżanek, nie opisując na szczęście wrażeń smakowych. Wow, ile słów uznania. Mit blogerski podtrzymany!

Krwawa sprawa

Zostałam zaciągnięta do krwiodawstwa. Niby nie siłą, niby nawet dobrowolnie prowadziłam samochód w stronę punktu, ale wewnętrzne przekonanie jakoś kazało mi uciekać. Bo krew, kłucie i takie tam.

Wypełniłam ankietę, zastanawiając się, dlaczego moje życie nie potoczyło się tak, żebym jednak w latach dziewięćdziesiątych odwiedziła skrajne punkty na mapie, typu dalekie Konga i inne super fajne miejsca, z których można przywieźć zakaźne choroby i inne przypadki. Żebym mogła choć raz zaznaczyć „tak” w ankiecie i po prostu poddać się na całej linii. No niestety.

Stwierdziłam, że szansą jest jeszcze badanie krwi. Niby już krew i kłucie, ale tak małe, że nawet ja to przeżyję. I zawsze daje mi gwarancję, że mogę sobie wypić kubek wody i po angielsku wyjść ze stacji. Bo wyniki nie takie, jak zawsze i dlatego dziękujemy pani za zaangażowanie. Plus za stratę papierowej ankiety i kubka wody – rzecz jasna. 

Dlatego ze spokojnym sercem poszłam na konsultacje lekarskie, z których zawsze wychodzę na tarczy, ale ze spokojnym sumieniem: próbowałam! Dlatego po paru minutach, tak na wszelki wypadek, dwa razy pytałam lekarza, czy się nie pomylił. Bo jak – mam iść i serio oddać swoją krew? Naprawdę wyniki ok?! Ale to się dzieje?! Kłucie?? Dopiero wtedy się wystraszyłam!

Po kwadransie miłej opieki wszystkich zgromadzonych (Wygodnie pani?) i trzymaniu za rękę (Nie, nie tę rękę, z tej pobieramy 450 ml, tu proszę naciskać), lekkiego spływania z fotela (Może wody dla pani? Coś blado pani wygląda.) i paru żartach dyżurującego lekarza (Ale chyba się pani nie boi!?), [jaasnee, wcaleee], nastąpił koniec.

I jednocześnie moja wewnętrzna przemiana – dokonałam cudu, sukces na miarę czasów, moja krew ratuje życie, jestem wspaniała, dzielna i najlepsza. Tak, te kilka chwil chwały – cud malina! Kłaniajcie mi się! I najbliższa mi, ukochana rodzina też moją odwagę podsumowała:

– Zrobiłaś to tylko dla tych czekolad, prawda? 

Sukienka

Wyszło nagle, że mamy do obskoczenia trzy wesela w tym roku (jeszcze w tym roku). Nagle poczułam się strasznie popularna. Oczywiście spowodowało to nagły przegląd wszystkich kartonów ciuchowych, a w rezultacie również nagle, tydzień przed pierwszą imprezą, wyszło: nie mam się w co ubrać. Gorzej – plan jest taki, co by własnym sumptem, bez udziwnień i wizyt w sklepach to załatwić.

Pożyczyłam się sukienkę od koleżanki. Wymiary pasują, charakter sukni też, brzoskwinia ujdzie, wszystko ok.

Wieczór przed imprezą – pakowanie. Nagle grom z nieba – ta sukienka jest barbiowo-różowa! O nie! Byłam pijana, jak ją pożyczałam! Ja już mam tyle lat, że różu nie chcę! Tyle, że do tego wniosku doszłam już w drodze do miejsca imprezowego. Na szczęście te 400 km przyniosło jeden skutek – sukienkę jednak kupimy.

Nigdy w życiu nie uprawiałam takiego galerianizmu, szukając ciucha przez szyby w sklepach, bo oczywiście przyszliśmy godzinę przed otwarciem molocha. Półtora godziny później mierzyłam wszystko jak leci, łącznie z łachami, które wyglądały jak idź stąd i nie wracaj. Dwie godziny przed imprezą pani sklepowa przyniosła coś, przymierzyłam, wyrok zapadł: to ta! A sklep chcąc się nas pozbyć, zaoferował nawet wyprasowanie. Groźba spóźnienia na ślub podziałała na wszystkich!

Wesele było super, a ja jedyna w kolorze pastelowym, ale- nie-różowym!, wyróżniałam się całkiem przyzwoicie. Co za ulga.

Następne imprezy – mam na to luz. Możecie mnie zapraszać!

Drink dobry na wszystko

Zgromadziłam wszystkie składniki potrzebne do przyrządzenia domowego mohito. Nawet szklankę i słomki, co w rozgardiaszu remontowym nie jest proste.

I raczę się przysmakiem pitnym od czasu do czasu.

I z każdą kolejną porcją dochodzę do wniosku, że najlepsze w tym całym mohito jest… wyjadanie cukru z dna…

Alkoholizm mi nie grozi.