Wakacje w pełni

Wakacyjny luz

 

Wyskoczyliśmy z domu w góry. Miejsce nasze ulubione, pogoda wymarzona, odpoczynek krótki, bo weekendowy, ale jest dobrze. Korzystamy ze słońca i wolności w pełni. W końcu trzeba odpocząć od remontu.

I nagle dzwoni koleżanka. – Słuchaj, bo chciałam się dowiedzieć co robisz wieczorem.

– A wiesz, chyba będę siedzieć i patrzeć na góry!

– Aaaa, gdzie pojechaliście?

– Prawdziwe góry! Tylko weekend, ale chcemy odpocząć!

– Super! Kochana korzystaj i opowiesz wszystko jak wrócicie. Koniecznie! Ale macie widoki piękne co??

– Jasne jak słońce!

– To no szybko, jak się rozłączymy, to zrób szybko piękne zdjęcie gór przed tobą i mi wyślij!

– Yyyyy.., za chwilę…

– A co, GDZIE wy w tej chwili jesteście?

– A nie pytaj…, w Castoramie…

 

Reklamy

Szalone życie biurowe

Biurowa praca, a taka własnie czynię od kilku dni – zobowiązuje. Do zachowania, do ubioru, do mówienia, pisania i udawania, że jest się najbardziej zajętą osobą w biurze. Gdzie oczywiście wszyscy wiedzą, że to pierwsze dni i tak naprawdę nie masz jeszcze nic do roboty… Najbardziej przeraża wygląd… Bo kto widział, żeby do biura ubierać się jak biurwa? Garsonki, spódniczki, koszule, żakiety? I co jeszcze??

Spódniczki akurat mi pasują, sukienki też, chociaż po wstępnej weryfikacji okazuje się, że jak na biurwę są one… ciut chyba za krótkie. Jak dla mnie nie są, ale czy ja tam wiem, co w głowach innych siedzi?

I wpadłam na pomysł, że przecież dłuższą spódniczkę biurwową prosto uszyć, a żeby było weselej, to będzie szary z kwiatami. Chyba są żółte, nie przyglądałam im się. Jak postanowiłam, tak się stało. Szmata, gumka, maszyna i jest.

Wszystko wyglądało pięknie do pierwszego przymierzenia gotowca… Jak już zmęczyłam się ściąganiem tego ciucha z siebie i zrozumiałam, że ten trzask, to jednak był szew…, to wróciłam do maszyny poprawić szycie i zrobić to na maksa trwale. Jedna dziurka w deficytowym materiale się nie liczy przecież, nie?

Nabrałam ostrożności w ruchach, niektórzy mogliby powiedzieć, że finezji nawet, spódnica pięknie się układa, przed kolanko, cud biurwa malina plus marynarka i mogę lecieć! No. Lecieć. No. Po całości. Warto sobie uszyć ciucha przyległego prawie jak ołówek PRZED kolanko i spróbować lecieć. Powodzenia.

W efekcie biurowych szafowych przygód do pracy poszłam ze spódnicą zwiniętą na brzuchu i tyłkiem na wierzchu, błogosławiąc długą kurtkę. Bo jeszcze na prostym chodniku (i pewnie w biurze) mój wytwór emocji daje radę, ale jak z obcisłą kiecką na dupsku wleźć na trzy w cholerę wysokie stopnie do tramwaju??

A imię jej mechanik

Serdecznie polecam!

 

Powiem tak, jeśli masz problem z samochodem, ale doskwiera Ci brak czasu – zgłoś się do mnie.

Jeśli coś stuka, puka i szeleści, to najpierw sprawdź, czy pod maską nie ma kota, łasicy lub kuny, a potem zgłoś się do mnie.

Gdy świecą Ci się nieoczekiwanie dziwne kontrolki w typie przykuca słowiańskiego czy innego samolotu – zgłoś się do mnie.

A ja pojadę za Ciebie do warsztatu samochodowego, znajdę najlepszy, znajdę czas i moc wewnętrzną, żeby zaanonsować problem tak bardzo, jakby jutro miał się skończyć świat.

Wjadę lub wejdę, wiatr rozwieje mi włosy, a ja powiem: – Coś stuka przy kołach. Trzeba wymienić wszystkie cztery akumulatory.

Potem odejdę, zanim skąpie mnie warsztatowy kurz, poczekam. Na koniec grzecznie zapłacę. I cichutko odjadę.

Polecam swoje usługi.

Precel z wodną lawiną

Pomyślałam sobie, że skoro szukam zajęcia w życiu, to sama je sobie zorganizuję i zostanę copywriterem. Skoro i tak piszę, to mogę pisać za kasę.

Postanowiłam się zarejestrować na stronach, gdzie dają jeść (czyt. zlecenia) i będę się bujać w sławie. Pisanej.

Pobujałam się przez kwadrans, aż wpadłam na serwis, gdzie przed rejestracją trzeba było wypełnić zadanie kontrolne. Napisać bodajże precla o wodzie mineralnej… Szybki skok w sieć i widzę, że to badziewie ma mieć ok. 500 znaków i… Napisałam szybciutko, miedzy jednym wdechem, a drugim. Że woda jest ważna, przydatna i w ogóle szmery – bajery, wodny świat i życie bez wody.

Po następnych 10 minutach serwis mnie poinformował, że oblałam i że lipa, że wcale mnie do grona „swoich copy” nie przyjmą. Trochę się zbulwersowałam, że co to w końcu i jak nie oni, to ja sobie sama poradzę. I wróciłam na stronę o preclach, żeby przeczytać co tam jeszcze dają ciekawego. Znaczy się, doczytać drugie zdanie. Zaraz po tym pierwszym, gdzie pisali o 500 znakach…

No. Okazuje się, że w takich krótkich tekstach, to hasło przewodnie [tutaj: woda], powinno być użyte najwyżej raz. A w moim testowym kawałku woda wodą się goniła i jeszcze mineralną polewała! Wodą oczywiście!

***

Dlatego poprowadzę sobie jeszcze trochę tego bloga. Nieodpłatnie.

Pieczone serce

Piekę muffinki, po raz drugi w tym tygodniu. Być może dlatego, że z pierwszego razu udało mi się zjeść dokładnie jedną? Aż jedną? No, to teraz szaleńczo robię ich więcej. Wlane w foremki, wszystko gotowe do pieca, a tu przecież jutro walentynki. Ożeszz…

Mam pomysł, zrobię jedną w kształcie serduszka. Przecież mam taką foremkę, tylko gdzie ona jest? Piekarnik pika, ciasto się klei, foremka wysmarowana tłuszczem, co to potem ułatwi wysmyknięcie się gotowca na blat. Otwieram piekarnik, serce jak żywe, szlaaaag! Ta foremka jest plastikowa! A ja piekę w 200 stopniach! W ostatniej chwili przytomnie łapię male serduszko i ciep je do zlewu.

Szlaaag! Walentynek nie będzie!

Chyba, że zrobię postne serduszko. Ze śledzia.

 

Motto bardzo kobiece

Choroba sukienkowa trwa u mnie przeszło rok. No przeszło się trochę sukienek, spódnic, getrów i innych rajstop przez ten czas. Te ostatnie mają zadziwiająco krótki żywot. Żeby pasowało – o dziwo najlepiej nosi mi się długości równie krótkie, a nawet bardzo krótkie.

Takie, których starym gropom nosić już nie wypada. Ale co tam, raz się żyje, a jak ktoś ma ochotę z komentarzem podskoczyć, to styczeń ciśnienie podnosi mi regularnie, więc… nie zazdroszczę mu. Sama bym się bała do siebie odezwać, nie mówiąc o skakaniu.

Niemniej jednak – znacznie częściej znajduję dowody sponiewieranego uznania w męskich oczach i gębach, które można by od razu skazać na banicję, ale co ja tam się będę szarpać z gwiżdżącym nieznajomym. Skoro taki z niego chojrak, to niech się bawi!

I nawet powrót późną nocą, czyli potencjalnie najbardziej niebezpieczne z możliwych rozwiązanie dla krótkiej sukienki, na ulicach z ciemnymi latarniami się udaje. Co prawda pan ochroniarz z firmowego samochodu z hasłem – Dobry wieczór, może panią podwieźć? – nie ma szans się przebić, ale gdyby coś, to zawsze to dodatkowa osoba, która widziała mnie w danym miejscu o przybliżonej porze.

I tak właśnie urodziło się hasło. Nie pasuje do tekstu, ale jako motto? Idealne!

Dziewczynie w sukience wybacza się więcej.

Wyczyn roku. Zaliczyłam go.

Ustanowiłam rekord, którego nie pobije nikt mi znany. Nieznany również. Wyczyn, kwalifikowany do gatunku odpałowych, perwersyjnie nie dających się wymarzyć w żadnej grze, choćby najbardziej szalonej.

Ale zrobiłam to i mój własny przyszły-niedoszły stwierdził, że jednak się tym nie będzie chwalić wśród znajomych.

W związku z tym, że remontowe wyprawki trwają, a niemal na finiszu bałaganu przypomnieliśmy sobie, że wejście do łazienki wcale otworu drzwiowego nie przypomina – wzięliśmy się do roboty.

A po skończonej szpachlowej robocie zrobiłam to. Umyłam z kurzu i pyłu, po raz pierwszy w życiu, nasze aktualne, łazienkowe drzwi. Przesuwane. Kartonowe.

Tego co może dać ci sąsiadka…

Zimowy klimat nastał nam. Wszędzie śnieg.

Co prawda nie za oknem, bo tam był przez jeden wieczór, ale w domu. Podłoga biała, kwiaty białe, wszędzie kurz, pył, niemal smród i ubóstwo…, a nie, to tylko szlifowanie ścian i sufitów.  Czyli rzecz, której nie-na-wi-dzę najbardziej na świecie.

Ale można się ratować herbatką z sąsiadką. Która zapaliła się do pomysłu świąt. Świąt w pokojowym remoncie, dla jasności.

– Ale przecież u mnie możecie nocować, jakby goście byli! I mam stół, bo wy chyba jeszcze nie?

– Będzie. W przyszłym roku.

– To ja mam lepszy pomysł. Po prostu zróbcie święta rodzinne po sąsiedzku. U mnie!

Czy już mówiłam, że ją uwielbiam?

Miejsce to połowa sukcesu

Podchodzę do sytuacji domowej [remont] niewiarygodnie spokojnie. Wręcz flegmatycznie [remont]. Zaiste mało co mnie już może zdziwić. 

Poniosła nas ostatnio wena twórcza. Remontowa.

– Wiesz, jakbyśmy się sprężyli, to możemy zrobić pierwsze święta u siebie. 

– Mówisz? I zaprosimy wszystkich rodziców do nas?

– No, miejsce jest przecież. Tylko nie ma na czym siedzieć.

– No, miejsce jest. Super! Cooo??? Święta u nas?? Musiałabym zacząć pić trzy dni wcześniej!

– Ale dlaczego?

– Żeby to przeżyć!